Widok z wysokiego zamku

- Pieprzona mgła – zaklął sierżant.
- Tak jest – regulaminowo potwierdził szeregowy – pieprzona.
- Wy mi tu nie pieprzcie, Sośnica, tylko pędźcie obudzić kaprala – syknął przez zaciśnięte zęby sierżant, odrywając oczy od okularów lornety.
- Tak jest... obudzić kaprala – szeregowy kiwnął głową, pochylił się nisko i skulony popędził okopem w kierunku ziemianki dowodzenia.
- No żesz, kogo mi tu przysyłają, do jasnej cholery – sierżant zaklął sam do siebie i ponownie wlepił oczy w lornetę. – Kompletnie zaparowała, cholera jedna, co mi tu za sprzęt przysyłają. Siedzą w tym pieprzonym zamku i gówno ich obchodzi, że my tu za nich nadstawiamy swoje dupska.
- Kapral Sikorowicz melduje się na rozkaz – głos był donośny i nie przystawał do niskiego, szpakowatego mężczyzny, który szedł na czworaka okopem w kierunku sierżanta. Dwa kroki za nim szedł w kucki szeregowy Sośnica.
- Kapralu, spocznij – odezwał się sierżant – za pół godziny ruszamy z natarciem na obóz nieprzyjaciela, na północnym wschodzie. Za dwadzieścia minut wszyscy mają być na stanowiskach.
- Tak jest, panie sierżancie... na stanowiskach – odparł kapral Sikorowicz. Sierżant spojrzał na niego i na szeregowego zrezygnowanym wzrokiem i zaczął się zastanawiać, czy nie byli kiedyś przypadkiem syjamskimi braćmi.
   - - -
- Dziękuję, żołnierze – sierżant mówił, co jakiś czas podkręcając wąsa – za dobrą walkę. Dzięki waszemu zaangażowaniu i odwadze obyło się niemal bez strat własnych. Rozlokować się na nowych stanowiskach i wystawić wzmocnione warty. Wykonać.
- Tak jest, panie sierżancie – odpowiedzieli żołnierze.
- Kapral Sikorowicz, do mnie – rozkazał sierżant.
- Kapral Sikorowicz melduje się na rozkaz.
- Mamy jasne rozkazy od dowództwa – zaczął sierżant. Nie możemy się wycofać na poprzednie pozycje. Przed chwilą zauważyłem ruchy batalionu machin bojowych przeciwnika. Jesteśmy teraz dla nich dogodnym celem. Ale utrzymamy tę pozycję. Wiecie czemu?
- Nie wiem, panie sierżancie.
- Bo jesteśmy teraz w zasięgu naszej artylerii. A przeciwnik nie będzie ryzykował utraty swych machin dla kilkunastu nędznych piechurów, rozumiecie Sikorowicz?
- Rozumiem, panie sierżancie – odpowiedział kapral, odruchowo wyglądając z okopu w kierunku niedalekich stanowisk przeciwnika.
- A wiecie, co to oznacza dla nas?
- Nie wiem, panie sierżancie – głos kaprala jakby lekko zadrżał.
- To znaczy, że siedzimy po uszy w gównie i jak się żołnierze o tym dowiedzą to zaczną się dezercje. A wiecie wy chociaż, co robić z dezerterami?
- Wiem, panie sierżancie – kapral tym razem uśmiechnął się głupkowato.
- Wydać żołnierzom po dziesięć papierosów, a tych, co pierwsi weszli do okopów przeciwnika, zwolnić dziś z warty i po dwadzieścia papierosów i kubku wódki, niech wszyscy myślą, że jest dobrze, zrozumiano?
- Tak jest, panie sierżancie.
- To na co czekacie do jasnej cholery! Wykonać!
   - - -
   Ubrany w białą piżamę król stał w oknie zamku. Przez lornetkę, zdobioną kością słoniową, obserwował lecącego ponad polem bitwy ptaka. Gołąb bezbłędnie odnalazł królewskie okno i usiadł na szerokim parapecie. Król podszedł do niego, złapał go, wymacał przyczepioną pod lewym skrzydłem malutką tubkę i wyjął z niej zrolowany kawałek papieru, opatrzony królewską pieczęcią przeciwnego mocarstwa. Rozwinął papier, przeczytał go, ponownie podszedł do zamkowego okna i przyłożył do oczu lornetkę. Pomalowane na czarno machiny bojowe przeciwnika właśnie przypuszczały szturm na niedawno zdobytą pozycję, bronioną jedynie przez lekką piechotę.
- Ciekawe, co ten skurczybyk znowu knuje – powiedział na głos, sam do siebie król. Przecież nic nie zyskuje, a traci wieżę. To musi być blef...
   Biały król podszedł do stojącego przy łóżku stolika, wyjął z szuflady małą kartkę, otworzył kałamarz, zanurzył w nim zaostrzone gęsie pióro i nabazgrał coś szybko. Przystawił na kartce swoją pieczęć, poślinił jej krawędź, zwinął w rulonik i zaczął iść w kierunku siedzącego spokojnie na parapecie gołębia.